DSCF9786
28 października 2017 / Turystyka / Radosław Skrzypczak

Krótko przed moimi urodzinami pomyślałem sobie, że fajnie byłoby podjąć się jakiegoś nowego wyzwania. Wejść w dotąd nieznaną przestrzeń. Szybko urodził się pomysł na 24-godzinną jazdę rowerem. Tak się złożyło, że urodzinowy weekend miałem już zajęty przez zawody biegowe po schodach. Dlatego padło na kolejny weekend. Wymyśliłem też sobie, że jedzenie na cały wypad będę wiózł na rowerze, no może poza wodą, którą będę co jakiś czas uzupełniał w przydrożnych sklepach.

Odkurzyłem bagażnik, który w tym roku nie jeździł ze mną na wyprawie i oczywiście założyłem sakwy. Załadowałem całą górę jedzenia – kanapki, płatki owsiane, jogurty, kabanosy, wodę i oczywiście trochę słodkości. Do tego jeszcze termos z wrzątkiem, by zalać sobie zupkę. Gdy do tego dołożyłem trochę ciuchów na przebranie to sakwy wyglądały podobnie jak na tygodniową wyprawę.

Trasę wyznaczyłem oczywiście po mało ruchliwych drogach. Początek trasy częściowo pokrywał się z Transwielkopolską Trasą Rowerową na odcinku południowym.

Z uwagi, że pojadę nocą zaopatrzyłem się w dodatkowe oświetlenie. Ostatecznie wyglądałem jak jeżdżąca choinka.

Pech chciał, że w tym okresie miał do nas dotrzeć, właśnie od zachodu kolejny orkan – tym razem nazwany Grzegorz. Wcześniej kompletnie na to nie zwracałem uwagi, ale gdy wiatr przyjmuje imię znajomego to już nie sposób tego nie zauważyć. Ciekawe kto wymyśla im imiona? Także prognozy nie były zbyt optymistyczne.

W sobotę o 3 nad ranem, gdy zadzwonił budzik włączyłem kompa, by sprawdzić ostrzeżenia pogodowe. Nieomal cała zachodnia część Polski miała zaznaczony I stopień zagrożenia, głównie chodziło o wiatr (w porywach od 70 do 90 km/h). Kulminacja orkanu miała jednak dotrzeć dopiero w niedzielę. Także zjadłem śniadanie, napełniłem termos wrzątkiem i ruszyłem punktualnie o 4.

Ku mojemu zaskoczeniu jak na tak wczesną porę było podejrzanie ciepło. Jechało się bardzo dobrze – przez pierwsze kilometry. Gdy dojechałem nad Maltę warunki diametralnie się zmieniły. Zaczęło padać, a tym samym temperatura odczuwalna gwałtownie spadła. Swoją drogą o tej godzinie chyba jestem pierwszy raz nad Maltą :)

Z każdą chwilą deszcz stawał się intensywniejszy. Wyjeżdżając z Poznania zatrzymałem się na przystanku – kurtka na deszcz okazała się nie wystarczająca, trzeba było dołożyć kolejną warstwę.

W Szczepankowie zamiast skręcić w lewo na Tulce pojechałem prosto na Spławie. Wiedziałem, że na końcu drogi będzie wiadukt przecinający A2. I rzeczywiście był – jednak po przejechaniu na drugą stronę asfalt się skończył. Była tylko niewielka polna ścieżka. Przez chwilę zwątpiłem – jak to? Ale coś mi nie pasowało, wiadukt był za wcześnie, miał być dopiero za Tulcami. Zawróciłem i skręciłem w prawidłową drogę, przejechałem przez Tulce i tym razem dotarłem do właściwego wiaduktu. Jadąc nocą ta sama droga wygląda całkiem inaczej niż za dnia. Odczucia są także dalece odmienne.

W Krzyżownikach przeciąłem DW434 i wjechałem w polną drogę. Mimo błota jechało się całkiem spoko. Póki co wiatr nie dawał się we znaki, za to deszcz owszem. Może nie sam deszcz, ale jego skutki, które z każdą chwilą odczuwałem coraz bardziej w przemoczonych butach. Wielokrotnie na moich wyprawach jeździłem w deszczu z przemoczonymi butami – jednak było to zawsze latem, a i tak stopy marzły. Teraz mamy nieomal listopad.

W Ziminie z asfaltu skręciłem ponownie w polną drogę, wyglądała jednak na ubitą. Na znaku napisane było Kromolice 3 – kawałeczek. Po chwili ścieżka zamieniła się w jedną wielką kałużę. Momentami, gdy przejeżdżałem przez wodę pedał i częściowo but nurkował w wodzie. Na polu nie było lepiej, koła momentalnie zapadały się w nasiąkniętej ziemi. Aż dziw, że nie zaliczyłem wywrotki.

Po 4h jazdy w deszczu i zmarzniętych stopach podjąłem decyzję, że to moment, gdy trzeba zakończyć tą trasę. Zwłaszcza, że przede mną jeszcze wiele godzin jazdy, a na poprawę pogody nie ma co liczyć. Do tego zapowiadane silne wiatry jeszcze mogą tu dotrzeć za kilka, kilkanaście godzin. Dalej pojechałem wyznaczoną trasą, tyle tylko, że w Środzie Wielkopolskiej udałem się na dworzec PKP, by wrócić do Poznania.

Po przejechaniu około 6 rond dotarłem na dworzec, gdzie okazało się, że pociąg do Poznania odjeżdża za jakieś 20min, więc nie musiałem długo czekać.

W pociągu nawet trafił się wagon rowerowy.

Nie była to dla mnie łatwa decyzja, tym bardziej, że będzie to pierwsze wyzwanie, któremu nie sprostałem. A może po prostu odezwał się jakiś wewnętrzny głos rozsądku.

Tym razem nie wyszło, ale jedno jest pewne – trzeba to powtórzyć. Może w bardziej sprzyjających warunkach, albo zaopatrzę się w pełen gore-tex.