DSCF0934
29 kwietnia 2018 / maratony, Wydarzenia / Radosław Skrzypczak

Wraz z nadejściem wiosny wielkimi krokami zbliżał się termin zawodów rowerowych, których dystans delikatnie mówiąc mnie przerażał – 510 km. Postanowiłem podjąć się największego jak do tej pory wyzwania sportowego w moim życiu – startu w ultramaratonie rowerowym „Piękny Wschód”. Było to dla mnie coś nowego.

Zimę spędziłem zdecydowanie na biegowo zaliczając cały cykl biegów górskich na Dziewiczej Górze. Na rowerze dojeżdżałem tylko do pracy, poza tym nie miałem wtedy żadnych treningów. Gdy tylko zrobiło się cieplej zacząłem trochę więcej kręcić, jednak wciąż to były tylko kilkudziesięciu kilometrowe odcinki. W ostatnim miesiącu zaliczyłem kilka dłuższych tras podchodzących pod 200 km.

Zgadałem się z Arturem, z którym poznaliśmy się podczas kręcenia wraz ze Zgrupką Luboń 100 km dla WOŚP w 2015. Oboje zapisaliśmy się na zawody. Początkowo mieliśmy jechać razem autem, jednak Artur miał na wschodzie Polski robotę i zabrał mój rower i bagaże tydzień wcześniej. Ja natomiast miałem dojechać na zawody pociągiem.

W czwartek po pracy spakowałem się na drogę i poszedłem ok. 20-tej spać. Za długo nie pospałem – jakieś 4,5h i musiałem ruszać na pociąg. Nocnym autobusem dojechałem na sam dworzec. Pociąg przyjechał z lekkim opóźnieniem, ale z uwagi na spory zapas czasu ruszył punktualnie. Nie musiałem przejmować się rowerem, dlatego wygodnie rozsiadłem się w przedziale próbując zasnąć. Niestety nie był to zbyt efektywny sen, raczej bardzo płytki, przerywany komunikatami o zbliżaniu się do kolejnych stacji. Po ponad 6h dotarłem na miejsce – do Parczewa.

dscf0865

To właśnie tutaj zlokalizowany jest start i meta zawodów. Jednak z uwagi na późną rezerwację noclegu musieliśmy spać w Radzyniu Podlaskim oddalonym o 30km od Parczewa. Artur dał mi znać, że podjedzie po mnie dopiero ok 13. Tak więc udałem się w stronę miasta.

Szedłem i szedłem i żadnych sklepów, barów, czy kawiarni. W końcu wypatrzyłem piekarnię, a przy niej sklep firmowy. Gdy wszedłem do środka w kolejce było 5 osób, ale Pani za ladą z każdym musiała sobie porozmawiać. W markecie w tym samym czasie obsłużonych byłoby pewnie ze 40 osób. Ale nic, czekałem bo byłem już bardzo głodny. Kupiłem sobie troszkę ciastek i pączki – zresztą bardzo pyszne.

Gdy zapytałem o miejsce, gdzie mogę sobie usiąść i wypić herbatę ludzie patrzeli na mnie ze zdziwieniem. No nic szedłem dalej przed siebie i w końcu dotarłem do jakieś cywilizacji. Niestety mimo szczerych chęci nie znalazłem tu żadnego takiego miejsca czynnego w godzinach porannych. Za to trafiłem na piękny plac z ławeczkami – Plac Wolności, gdzie przy pięknym słońcu spędziłem sporą część czasu, czekając na Artura.

dscf0867

W ramach przerwy od siedzenia na ławce robiłem sobie nie za długie rundki po okolicznych uliczkach. I tak przypadkiem trafiłem do księgarni. Gdy przeglądałem sobie książki w poszukiwaniu czegoś dla Mai wszedł dostawca z informacją, że trzeba pownosić kartony z książkami. W sklepie były tylko dwie Panie, dlatego nie zastanawiając się długo pownosiłem kilka kartonów z samochodu do sklepu. Zresztą i tak nie miałem ciekawszych zajęć.

Po powrocie na moją ławeczkę poczytałem sobie trochę książki.

dscf0868

W końcu zadzwonił Artur, że niedługo będzie. Przed odebraniem pakietów startowych pojechaliśmy jeszcze coś zjeść. Znaleźliśmy jakiś hotel z restauracją, który był oblegany przez startujących jutro zawodników.

Najedzeni pojechaliśmy do miasteczka zawodów odebrać numery i ruszyliśmy do naszego hotelu. Nie było gdzie zostawić rowerów dlatego zaparkowaliśmy je w pokoju.

dscf0910

Przed pójściem spać przesmarowaliśmy sobie jeszcze łańcuch i sprawdziliśmy czy wszystko gra.

Budzik zadzwonił o 6 – trasa zawodów obejmuje nieomal całe województwo lubelskie.

dscf0912

Jemy porządne śniadanie, ostatnie pakowanie i ruszamy – kierunek Parczew.

dscf0915

Zawody odbywają się na dwóch dystansach 260 i 510 km, a także w dwóch kategoriach solo i open. My startujemy na dystansie 510 w kategorii open czyli w grupie. Zostaliśmy podzieleni na grupy, które będą puszczane co 5 min. Na długim dystansie byłem jedynym startującym na rowerze górskim, do tego jeszcze 26″.

No cóż, nie zamierzam się tu z nikim ścigać, chcę to po prostu ukończyć w dopuszczalnym limicie – 35h. Spora część ludzi bierze udział w tych zawodach nie tylko ze względu na piękne wyzwanie, ale przede wszystkim chcą otrzymać kwalifikacje do BBT – limit 30h.

Po dojechaniu na miejsce zakładamy wszystkie torby i torebeczki na rowery i udajemy się na miejsce startu. Grupy startują już od jakiegoś czasu – start naszej jest o godzinie 8.35.

dscf0916

dscf0917

dscf0918

Nasze chipy już czekają i za chwilę zostaną zamontowane do roweru i będzie można ustawiać się na starcie.

dscf0919

dscf0920

Nasza grupa zwarta i gotowa – trwa odliczanie do startu.

dscf0924

Mimo pozytywnego myślenia nie nastawiam się na długą jazdę w mojej grupie. Tu trzeba jechać swoim tempem.

No i ruszyliśmy. Od razu średnia 28km/h – przejechałem z moją grupą jakieś 2,5km po czym zostałem w tyle kręcąc po swojemu. Do pierwszego punku kontrolnego do przejechania jest ponad 100 km. To najdłuższy odcinek na całej trasie. Jadąc do przodu co jakiś czas mijały mnie kolejne grupy, startujące po naszej.

Wszyscy pozdrawiali mnie i zachęcali bym do nich dołączył, to bardzo miłe, jednak wiedziałem, że gdybym to zrobił to moje szanse na ukończenie będą równe zero. Spaliłbym się na pierwszym punkcie i byłoby po zawodach.

Po godzinie jazdy dopadły mnie straszne skurcze w okolicach pośladków – zatrzymałem się. Po zejściu z roweru nie mogłem dobrze zrobić przysiadu. Myślę sobie, że to koniec, ale wziąłem magnez i po krótkiej przerwie spokojnie ruszyłem. Z czasem skurcze przeszły i było już dobrze.

Godzinę później zatrzymałem się na banana, minęła mnie kolejna grupa – pytając się czy nic nie potrzebuję – miałem wszystko co potrzeba – ale to bardzo miłe.

dscf0926

W Cycowie zatrzymałem się w sklepie, by uzupełnić płyny. Wychodząc podszedł do mnie starszy Pan bardzo ciekawy co to za wyścig. Chwilkę porozmawialiśmy i ruszyłem dalej. Kawałek dalej zamiast odbić w prawo pojechałem prosto i po kilku kilometrach dzwoni do mnie Ania (śledziła cały czas moje położenie na stronie) mówi, że źle pojechałem. A więc nawrotka i wróciłem na trasę. No ale już na pierwszym odcinku 10km w plecy.

Przez cały czas jazda pod wiatr i sporo mniejszych lub większych podjazdów.

dscf0930

Po 6h docieram na pierwszy punkt kontrolny – Krasnystaw. Czeka tu na nas ciepły posiłek, drożdżówki, batony, banany i woda. Ze smakiem wciągam żurek, drożdżówkę i chwilę odpoczywam. Na zewnątrz chwilę porozmawiałem z fajną ekipą z Bractwa Kórnickiego. Zaliczali krótszą trasę. Po miłej przerwie wsiadam na rower i ruszam w kierunku kolejnego punku, czyli do Hrubieszowa.

Chwilę później dołącza do mnie Artur z Opoczna, z którym przez jakiś czas jedziemy razem. I co jakiś czas albo ja go doganiam, albo on mnie.

Wiatr nieustannie pokazuje kto tu rządzi, ale nie poddaję się. Wszędzie dookoła piękna natura i ta soczysta zieleń o tej porze roku jest po prostu przepiękna. Aż chciało, by się tu zatrzymać na dłużej i poleżeć na trawce. Ale nic trzeba kręcić dalej.

dscf0934

Po 4h dojeżdżam do Hrubieszowa, tym razem punkt kontrolny mieści się w hali HOSiR. Miejscowe chłopaki na rowerach pokazują mi drogę i po chwili otrzymuję kolejną pieczątkę w książeczce. Siadam do stołu i po chwili Pani podaje mi przepyszną zupę – trochę jak sos do spagetti. Po kilku minutach dojeżdża poznany wcześniej Artur. Razem wciągamy zupę i ruszamy w dalszą drogę. Jesteśmy ostatnimi na tej trasie – zamykamy całą stawkę :)

Teraz przed nami nieomal 90-cio kilometrowy odcinek do Józefowa. Mimo narastającego z każdą godziną zmęczenia czuję się bardzo dobrze i niepewność z początkowego odcinka odeszła w niepamięć.

Mijają godziny, kilometry, słońce zachodzi i jego miejsce zastępuje księżyc. Włączamy oświetlenie – świecimy się jak choinki. Kilka razy Artur znika gdzieś w ciemnościach za mną, przystaję, by do mnie dojechał. Z czasem zjeżdżamy na stację – zaliczamy kolejną toaletę i w końcu nadszedł czas na ubranie czegoś cieplejszego. Temperatura z godziny na godzinę dość mocno spada. Ubieramy się na cebulkę w razie potrzeby dokładając kolejne warstwy.

Ostatnie zdjęcie na całej trasie – zmęczenie tak się później nasilało, że kompletnie nie myślałem o robieniu jakichkolwiek zdjęć – jest przed 23.

dscf0941

Do Józefowa dojeżdżam sam 50 min po północy. Nieźle się namęczyłem, zaliczając sporą ilość podjazdów. Artur ponownie gdzieś w tyle zniknął, czekałem chwilę za nim, jednak niezbyt długo. Stojąc bardzo szybko się wychładzałem, dlatego ruszyłem spokojnie do przodu. Gdy dotarłem do punktu Pani powiedziała, że kolega za chwilę tu będzie. Od razu mi się lżej zrobiło.

Artur wciągnął kawkę ja herbatę, zjedliśmy pyszne kanapki, banana i do kolejnego punktu. Pani z punktu poinformowała nas, że na tym punkcie kilka osób zrezygnowało. Oczywiście nie będziemy podbijać tej statystyki. Jedziemy twardo dalej.

Do kolejnego punku mamy 78 km – także nie ma co się ociągać trzeba kręcić. W pewnym momencie mnie tak przycisnęło, że musiałem zaliczyć przydrożne krzaki. Ale z moją przemianą to i tak cud, że to pierwszy raz po takiej mieszance w żołądku. Od godziny 3 temperatura jeszcze gwałtowniej zaczęła spadać. W końcu poranki bywają najchłodniejsze.

Zmęczenie i temperatura sprawiały, że oczy zamykały się nam podczas jazdy. Godzina 5 była chyba kulminacyjna jeśli chodzi o temperaturę, wilgotność otoczenia też bardzo wysoka co potęgowało odczuwalną temperaturę. Jakoś jednak przetrwaliśmy te ciężkie chwile i o godzinie 6:23 dotarliśmy do kolejnego punktu kontrolnego – w Janowie Lubelskim.

Pani od razu podgrzała nam jedzenie – mięso z kaszą i brokułami – zaliczyliśmy toaletę i postanowiliśmy zrobić małą drzemkę na przygotowanych materacach. Nastawiłem budzik na 30 min. To niby nic przy takim zmęczeniu, ale jak się okazało wystarczyło, by dotrwać do końca trasy bez kryzysu. Artura musiałem troszkę na siłę obudzić, bo niestety jakby nie wstał to nie ukończyłby tych zawodów, obudził by się po x godzinach i byłoby po ptakach.

Zwarliśmy poślady i ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie kolega postanowił zatrzymać się na kolejną przerwę na stacji benzynowej, ja ruszyłem dalej z myślą, że z czasem do mnie dojedzie. Do Żółkiewki dotarłem o 11:20 – herbatka, kanapka, troszkę sobie porozmawialiśmy. Artur na GPS był kilka kilometrów od punktu więc postanowiłem na niego zaczekać. Niestety czekając prawie godzinę jego GPS chyba nie dawał znaku życia. Ruszyłem dalej.

Po 4h dotarłem do ostatniego punktu przy stacji Orlen. Panowie chcieli się już zbierać – powiedzieli, że zmieściłem się w ostatniej minucie. Dlatego poprosiłem ich, by zaczekali jeszcze chwilę na kolegę, który jak się okazuje był 10 km za mną.

Po krótkiej przerwie ruszyłem na metę. Po drodze ponownie spotkałem kilku miejscowych kolarzy, którzy odprowadzili mnie kawałek w stronę Parczewa. Próbowałem pokonać ten odcinek jak najszybciej chcąc mieć to już za sobą, ale ogólne zmęczenie było już tak duże, że mimo ciśnięcia w korby prędkość była niewielka. Ale mijały kilometry i zbliżałem się do wymarzonej mety.

Na metę dotarłem z czasem 33:08:45 – trochę czasu straciłem na pomyleniu trasy i wracaniu na właściwy tor. Także zamiast 510 km wyszło mi 538 km, i w tym 30 min snu.

img_9167

Po niespełna 30 min na metę cały i zdrowy dojechał Artur. Startował w późniejszej grupie co dało mu lepsze miejsce w klasyfikacji generalnej.

Pomimo zajęcia ostatniego miejsca jestem bardzo zadowolony z tego co zrobiłem – w końcu jechałem na góralu i był to dla mnie pierwszy taki dystans. Próba dorównywania szosówkom byłaby dopiero głupotą. Czuję naprawdę wielkie spełnienie po przejechaniu tej trasy no i mnóstwo nowego doświadczenia, które na pewno zaprocentuje na przyszłość.

Na jednym z punktów słyszałem, że inni kolarze opowiadali, że na trasie jedzie jakiś świr na góralu – coś w tym jest. Będąc naprawdę totalnym amatorem na takich dystansach to rzeczywiście jest dość absurdalne robić takie trasy na góralu, ale co tam.

Poza tym jestem pod ogromnym wrażeniem organizacji tego całego jakże ogromnego przedsięwzięcia. Szczególnie chodzi mi o podejście i wsparcie ludzi na punktach kontrolnych, a także zaopatrzenie we wszystko czego potrzebował zmęczony człowiek.

Dzięki wszystkim za wsparcie i towarzystwo na trasie.

Relacja filmowa Ultramaraton Piękny Wschód 2018 – Start by Wirtualnyparczew: