Wielkopolskie zapętlenie
Poranek skrywał za grubą warstwą chmur ciepłe promienie słońca, a wiatr niósł chłodne powietrze. Rozpoczynamy na Strzeszynku, to bardzo dobre miejsce startowe do wielu wypadów na rowerze. Po 9 jezioro jest jeszcze spokojne, nie słychać biegających po plaży dzieciaków uganiających się za piłką. Woda także niesie spokojnie fale z delikatnym wiatrem. Słychać tylko kaczki trzepoczące o wodę skrzydłami. Gdzieś w oddali starszy pan z wędką wypłynął swą łodzią na łowy, wolno dryfując niesiony poranną falą.

Po chwili nadjeżdża mój kompan dzisiejszej wycieczki, wyłonił się zza drzew. Ruszamy w kierunku Kiekrza jadąc północnym odcinkiem Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej. Mimo chłodnego wiatru jedzie się bardzo przyjemnie. W Kiekrzu robimy obowiązkowy postój i zaopatrujemy się w zapasy na dalszą drogę w pobliskiej „Żabce”. Bez batoników i bananów nie ruszamy się dalej:-) Oczywiście zapas wody i czegoś słodkiego do picia też zabieramy.
Dalej jedziemy w stronę Pawłowic, po drodze mijamy bocianie gniazdo. To bardzo przyjemny widok, zwłaszcza w tym roku z uwagi na długą zimę duża część z nich powróciła jak na polach i łąkach zalegała warstwa śniegu. Ale jak widać poradziły sobie z tym.

Co jakiś czas mijają nas samochody, mimo to na tej bocznej drodze ruch nie jest zbyt duży. Mijamy łąki i pola, które dopiero nie dawno zaczęły oddychać wiosną i odradzać się po tak długiej zimie. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do Soboty, dobrze się składa bo dzisiaj jest sobota. Skręcamy w lewo jadąc dalej znakami szlaku rowerowego jedziemy w stronę Żydowa.
W Żydowie zatrzymujemy się przy kościele Św. Mikołaja. Robimy kilka zdjęć i pedałujemy dalej w kierunku Pamiątkowa. Cały czas jedziemy wzdłuż rowerowego szlaku Transwielkpolskiej Trasy Rowerowej.

Na polach hula wiatr, a my rozpędzeni i zadowoleni jeszcze bardziej dusimy na korby. Słońce nieśmiało zaczyna się przebijać przez gęstwinę chmur. Uwielbiam to – tylko my i nasze rowery, a dookoła przestrzeń, która zmienia się z każdym obrotem naszych kół.
Po chwili mijamy pasące się konie w zagrodzie, mały nie odstępuje swojej mamy na krok. Kilka minut później postanawiamy zjechać z asfaltu na polną ścieżkę. Długo nią nie jechaliśmy bo okazało się, że prowadzi na łąkę i dalej w las, który odbijał od naszego kierunku jazdy. Wykorzystaliśmy ten moment na przerwę na batonika i ponownie wróciliśmy na drogę asfaltową. Co prawda nie ma tu prawie ruchu, ale jednak polne, czy leśne ścieżki są zawsze przyjemniejsze.

I tak po jakimś czasie docieramy do Szamotuł, a tu ponownie konie. Tym razem biały i czarny, piękne.
W Szamotułach jedziemy albo chodnikiem albo ścieżką rowerową szukając kierunku na Piotrówko. Wjeżdżamy na polną drogę kierując się w las. W lesie mijamy tabliczkę Sycyn, a chwilę później na jednym z domostw napis chleb z pieca i świeże jaja. Bardzo kuszące, ale mamy plecaki pełne zapasów więc nie zatrzymujemy się tutaj. Tuż obok w jednej z zagród stoją wojskowe baraki, wyglądają jak naczepa ciężarówki.

Teraz zaczynamy odczuwać słońce, które już na dobre wyłoniło swe ciepłe ręce ku ziemi. Wyjeżdżamy z lasu mijając spokojne wioski. Dojeżdżając do Brączewa przystajemy by sfotografować kolejowy most nie istniejącej już linii kolejowej, wygląda imponująco.

Następnie przejeżdżamy przez most drogowy i udajemy się w kierunku Obrzycka. Jadąc przez las mijamy nadleśnictwo Daniele, a to oznacza, że już niedługo dotrzemy do Obrzycka. Zapasy mi się trochę skurczyły i już zaczyna mi w brzuchu burczeć. Po kilkudziesięciu minutach docieramy na Obrzycki rynek. Od razu zwracamy uwagę na piękny ratusz z XVII wieku. W całym ratuszu najbardziej spodobały mi się miniaturowe drzwiczki. Nawet przy moich rozmiarach jestem większy od nich:-)

Zatrzymujemy się tu na dłużej, słońce nieźle grzeje. Ja szybko udaję się do sklepu w poszukiwaniu jakiegoś sandwitcha. Niestety nic takiego nie znajduję, ale za to kupuję świeże parówki i do tego rogale. To nawet lepsze. Siedząc na ławce tuż przy ratuszu wcinamy, a nasze nogi w tym czasie sobie odpoczywają. Mają za sobą ponad 50km pedałowania.
Po najedzeniu się i krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogę udając się na drugą stronę Warty. Tu odbijamy z naszego szlaku, który dalej prowadzi do Czarnkowa, a my kierujemy się na Oborniki. Po chwili naszym oczom ukazuje się tabliczka „Zielonagóra”. Przez chwile poczuliśmy się jakbyśmy przenieśli się w przestrzeni do innej części Polski. Czasem nazwy miejscowości potrafią zaskoczyć.
I mamy kolejnego konika, tym razem jest to konik polski z piękną grzywą. Nawet się nas nie bał, szkoda, że nie mogliśmy mu nic dać, ale miał trawkę, którą sobie skubał.
Jadąc dalej mijamy wieś Bąblin i docieramy do Obornik. Wszystko byłoby pięknie, ale po wyjechaniu z Obornik źle skręciliśmy w las i zgubiliśmy nasz szlak. Najpierw zatoczyliśmy małe koło po lasku leżącym u wylotu z Obornik. Potem przedzieraliśmy się przez wysokie trawy by w końcu trafić na pola, które nie wiadomo dokąd nas wyprowadzą.
W między czasie minęliśmy pola szparagowe, to dla mnie był piękny widok zwłaszcza, że zbliża się sezon na te pyszności. I kolejne pola na, które mozolnie się wdrapywaliśmy. Po ok 1,5h błądzenia udaje nam się trafić na właściwą ścieżkę i jadąc nią docieramy do granic poligonu wojskowego. Ścieżka prowadziła nas wzdłuż ogrodzenia poligonu.
Jednak po kilku kilometrach ponownie szlak nas źle poprowadził i wjeżdżamy w sam jego środek. Jadąc przez koleiny utworzone przez czołgi i ciężarówki próbujemy jak najszybciej się wydostać z tego miejsca.
Zwieńczeniem naszych zmagań jest pięknie zachodzące słońce, rozświetlające całe niebo ognistą pomarańczą. Po dotarciu na Strzeszynek każdy udaje się w swoją stronę. Robi się coraz ciemniej więc mimo dużego zmęczenia naciskam mocniej na korby by jak najszybciej znaleźć się w domu. W lasku marcelińskim już nic nie widzę i mimo światła jadę na pamięć.
Mimo pogubienia się i dużego zmęczenia pięknie kończymy dzień, 139km w nogach dało się trochę we znaki.