Czy woda jest już wystarczająco mokra?
Późna pobudka zawsze sprzyja niedzielnemu lenistwu, ale nie jeśli ma się w domu rządnego wypluskania się w jakże mokrym Strzeszyńskim jeziorku domownika. Zaczeliśmy stałą trasę od przebicia się przez nadal remontowaną Grunwaldzką, ale to tylko kawałeczek, kiedy skręci się już w mniej ruchliwą Jeliniogórską, zaczyna się sielanka.
Najpierw szusowanie przez Lasek Marceliński, gdzie pomimo, że w powietrzu czasem czuć grzybnią i aż kusi, by się zatrzymać, to znalezienie w nim borowika jest równe prawdopodobieństwu wygrania przez polską reprezentację w piłce nożnej Mistrzostw Europy, czyli po prostu nikłe. Ale nic tam, podziwiamy jesienne krajobrazy lasku, wyjeżdżamy z niego przecinając Leśnych Skrzatów i wjeżdżamy na niedawno zrobioną ścieżkę rowerową, która prowadzi w lini prostej do przecięcia Bukowskiej. Przecinamy ją, odbijamy w prawo omijając przy okazji zabytkową Bramę forlwarku Edwardowo, kierujemy się około 100 metrów w kierunku przeciwnym do lotniska, a potem wjeżdżamy w boczną uliczkę prowadzącą do ogródków działkowych, gdzie działkowicze tłumnie zbierają się szczególnie latem. O tej porze roku, kiedy to zimno w palce szczypie, a i wiaterek chłodny zawiewa, ludzi jest znacznie mniej. Jadąc wzdłóż ogródków, dojeżdżamy do torów bocznicy kolejowej prowadzącej do Wojskowych Zakładów Motoryzacyjnych, znowu odbijamy w prawo i jedziemy wyjeżdżoną ścieżką wzdłóż torów. Takimi bocznymi scieżkami dojeżdzamy do Osiedla nazywanego przez nas „Krzaczory” :P, gdzie mieszka nasza bardzo dobra znajoma, machamy jej do wysokiego bloku, ale nie zatrzymujemy się na herbatkę.
Przejściem podziemnym i kawałkiem asfaltu dojeżdżamy do kolejnego przejścia kolejowego, tym razem bardziej uczęszczanego, zarówno przez ludność śpieszącą nad Rusałkę, jak i pociągi pędzące w stronę polskiego Morza. No i z górki na pazurki i jesteśmy na ścieżkach otaczających Rusałkę. Stąd już żabi skok przez parkowo-laskowe do naszego celu. Po dordze oczywiście wypatrujemy stałego bywalca tamtejszych leśnych ścieżek – pana X zaprzyjaźnionego z lokalnymi dzikami. Docieramy nad Strzeszynek, gdzie wita nas chłodny wiaterek wiejący od jeziorka i wolna ławka nad nim samym. Oczywiście lokujemy się na ławeczce, połowa z nas idzie zaczerpnąć jakże orzeźwiającej o tej porze roku kąpieli, a druga połowa fotografuje otoczenie i kąpiących. Po kąpieli i krótkiej sesji fotograficzej czas na kanapki i szybki powrót do domku, z małym przystankiem w Żabce po Mirindę 🙂