Trzy jeziora, jedno słońce
Wczorajszy dach ziemi nieźle przeciekał, ale jak widać szybko ktoś się z tym uporał i załatał dziurę. Wiatr od rana rozwiał wszystkie gęste chmury by słońce mogło dotrzeć z całą swoją mocą promieni do nas na Ziemi. Przy takiej pogodzie to wiadomo jaka jest pierwsza myśl po przebudzeniu. Po śniadaniu ubrałem się odpowiednio, bo mimo, że słoneczko ładnie rozświetla świat to temperatura nie jest jeszcze wysoka. Było chyba około zera. Woda do bidonu, coś słodkiego do plecaka i jeszcze po drodze zahaczyłem o żabkę w celu zatankowania węglowodanów. Jednego banana zjadłem na miejscu i w świat:-)
Już za pierwszym zakrętem poczułem zimny, silny wiatr, ale przy odpowiednim ubiorze taki wiatr nie straszny. Po kilku minutach jestem już na pierwszych leśnych ścieżkach. Mimo, że od kilku dni śnieg na drogach znikał aż przepadł całkowicie, to w lasku ścieżki, które nie są w zasięgu słońca były pokryte białą warstwą, ale nie wiem czy to był śnieg, może jakiś szron.

Ziemia mocno nasiąknięta wodą, momentami aż chlupało pod kołami. Mimo fajnej pogody jechało się ciężko, koła zapadały się w rozmrożonej ziemi i nie pozwalały rozwinąć większych prędkości.
Woda w pobliskim stawie nadal pokryta lodem, chociaż pewnie już nie dało by się na nim ustać. Wszędzie wypływająca woda, która wraz z temperaturą słońca wybija się przez zamrożone miejsca. Mimo, że to dopiero luty to jakby czuło się w powietrzu wiosnę. Myślę jednak, że zima jeszcze nie zakończyła swojego przedstawienia. Jeszcze pokaże na co ją stać.
Jadąc w kierunku Rusałki fajną ścieżką, która umożliwia dotarcie nad jezioro kompletnie nie korzystając z ulic nagle zza zakrętu wyłania mi się ściana srebrnej blachy odgradzającą dalszą drogę. Muszę to jakoś objechać i udaje mi się. Wyjeżdżam na drogę asfaltową i wszystko jasne. Na zakręcie stoi oszklona budka z cenami mieszkań nowego osiedla. To jest niezłe, że jeszcze nawet nie ma dziury w ziemi, a już można kupić mieszkanie, które kiedyś się tam pojawi:-)
Na szczęście objazd nie jest zbyt długi i powracam na właściwą drogę. Jeszcze tylko kawałek i jestem nad Rusałką.

Już na pierwszej ścieżce prowadzącej nad jezioro widać sporą ilość ludzi, większość to spacerowicze, ale także jest sporo kijkowców, co jest bardzo miłym widokiem, gdyż coraz częściej spotyka się ludzi w podeszłym wieku, którzy swój czas umilają sobie właśnie tego rodzaju sportem. Oczywiście nie zabrakło też biegaczy, którzy pewnie nie jedno kółko dzisiaj tu przebiegli.
Ja jadąc ich śladami także robię kółko wokół jeziora. Pięknie ono wygląda w tym słońcu. W dużej mierze pokryte jest lodem, ale przy brzegach lód zanika, pojawiają się pływające kry, a w oddali widać jakby wysepki, ale nie z piasku, ale utworzone z wody płynącej pomiędzy lodem. Pierwsze skojarzenie takiej podłużnej wysepki: to jakby to był jakiś wieloryb czy inny potężny ssak.
Po objechaniu jeziora dookoła kieruję się w stronę następnego, nazywanego Strzeszynkiem. Po chwili jakby ruch zanika, widać tylko bardziej długodystansowych biegaczy. Dziwi mnie jednak, że nie ma żadnego rowerzysty. Pogoda wręcz idealna na pokręcenie korbami. Po kilku minutach mija mnie rowerzysta chyba wracający z trasy – a jednak są. Mimo to, w stosunku do spacerowiczów i biegaczy to znikomy procent.
Zbliżając się do jeziora coraz większe tłumy, nic dziwnego taka piękna pogoda, że aż żal siedzieć w domu. Od razu udaję się w kierunku mojej ulubionej plaży gdzie zażywam zimowych kąpieli. Dzisiaj jednak na kąpiel nie jadę, ale za to spotykam sporą ekipę (a raczej dwie) morsów. Najpierw dwóch Panów w średnim wieku zalicza jakże przyjemną kąpiel pływając pomiędzy krami lodu, a tym czasem następna trójka znacznie młodszych biega, rozgrzewając się przed wejściem do wody. Gdy ja się kąpię to jakoś nikogo nie ma, no może czasem. Przynajmniej mam spokój:-)
Po krótkiej przerwie naciskam na pedały kierując się w stronę jeziora Kiekrz. Dojazd do jeziora jest bardzo urozmaicony, najpierw single trackiem jadę aż do torów, a następnie po wyboistych kamieniach wzdłuż torów, aż docieram do w dużej mierze asfaltowej drogi biegnącej pomiędzy ośrodkami leżącymi nad jeziorem. Bardzo lubię tą drogę z uwagi na różnicę przewyższeń. Co prawda nie chodzi tu o jakieś góry, ale jest tu sporo pagórków. Nie bardzo jednak można się tu rozpędzać bo wszędzie jest sporo ludzi, z wózkami, biegające dzieci. Po drodze jest jedno miejsce gdzie gromadzą się spore ilości kaczek i łabędzi, dzieciaki oczywiście zawsze je dokarmiają i pewnie dlatego zawsze tu przypływają. Ciekawym widokiem są łabędzie, które w odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu stoją sobie na lodowych krach, a inne wpływają przy brzegu.

Po dojechaniu do końca „promenady” zawracam, nie bardzo mam ochotę okrążać całe jezioro jadąc po ulicy gdzie bywa spory ruch. Po jakimś czasie docieram do Strzeszynka tym razem jadę drugim brzegiem, z tej strony jest znacznie mniejszy ruch, po kilku kilometrach jestem już na Rusałce i kieruję się do domu.
Nogi dostały trochę w kość, ale to była miła wycieczka.