Błotna kąpiel nad Wartą
Sobotnie południe – mimo zachmurzonego nieba, gdzie błękitnego koloru na próżno szukać i tak jest idealną chwilą na pokręcenie pedałami. Tym razem postanawiam odwiedzić okolice Warty. O tej porze roku nie miałem jeszcze przyjemności przemierzać nadwarciańskich zarośli. Ulice są raczej puste, nie wiele jest na nich samochodów, przez co nad Wartę jedzie mi się super, chociaż zbliżając się do centrum ruch staje się coraz większy. Ludzie w pośpiechu zmierzają do centr handlowych by wyrwać jakąś promocje. Chodniki też są zatłoczone, do tego na targach odbywa się jakaś impreza co oczywiście powoduje wzmożony ruch w ich okolicy. Nie przejmując się tym, jadę spokojnie chodnikiem mijając dworzec, a tym samym slalomem omijam pieszych.
Po kilku minutach jestem już nad Wartą. Nagle wszystko cichnie, tłumy ludzi znikają bezpowrotnie. Słyszę tylko ptaki latające nad wodą. Co jakiś czas mijam spacerowiczów z psami, poza tym pusto. Jak to bywa o tej porze roku, poziom wody w Warcie jest znacznie podniesiony. Miejmy jednak nadzieje, że w tym sezonie nie będzie za dużych podtopień okolicznych posiadłości.
Mimo, że woda nie jest tu czysta to i tak lubię jechać przy samym jej brzegu betonowym murkiem. Trzeba tylko uważać na szkło pozostałe po rozbitych butelkach, na szczęście żadnej nie było. Po kilku chwilach muszę odbić , jadąc przez wysokie trawy na sąsiednią ścieżkę gdyż dalsza część drogi jest zalana przez wylewającą wartę. Ale w tym miejscu to raczej normalne.

Jadąc dalej ścieżką, która w dużej części pokryta jest śniegiem i lodem dojeżdżam do mostu Starołęka, przejeżdżam pod nim i jakbym znalazł się w innym świecie, po drugiej stronie lustra, w zaczarowanym świecie. Muszę szukać ścieżki, część albo jest zalana albo pokryta śniegiem.
Natura stworzyła w tym miejscu niesamowity klimat. Drzewa powyginane od wiatru albo pomarszczone czasem, sprawiają wrażenie labiryntów. Niestety wszędzie nie jestem w stanie dojechać czy dojść z rowerem. Mijam częściowo zamarznięte bajora, a z nich wyłaniające się konary pokryte soczyście zielonym mchem, który pokrywa także śnieg.

Przedzierając się przez te labirynty w pewnym momencie zapadam się po kolana. Na szczęście szybko udaje mi się wydostać. Ziemia mocno nasiąknięta wilgocią pod ciężarem zapada się, jednak gęste trawy sprawiły, że cała wilgoć została przez nie pochłonięta, dzięki czemu moje spodnie i buty tylko nieznacznie się pomoczyły. Dobra wiadomość – skarpetki suche. O tej porze roku to bardzo ważne. Dziwne uczucie – idąc nagle powoli zaczynasz się zanurzać w podłożu.
Każda pora roku ma do zaoferowania to samo, ale jakby w całkiem innej odsłonie. Bo przecież latem ta sama ścieżka wygląda zupełnie inaczej, są wtedy całkiem inne doznania.
Po kilku chwilach dostrzegam ślady bobrów, to fajne stworzonka, które niestety trudno dostrzec bo są bardzo ostrożne i płochliwe, zaraz znikają gdzieś pod wodą. Ślady bobrów są jednak bardzo charakterystyczne, można powiedzieć, że to coś w stylu napisu „Bober tu był”. Po chwili jadę jakby w tunelu zbudowanym z konarów drzew.

Po objechaniu terenów Aquanet, zagradzającego kolczastym drutem przejazd, docieram do lasku Dębińskiego. Od razu pojawiają się ludzie zarówno spacerowicze jak i biegacze. To malowniczy lasek, w którym roi się od ścieżek wijących się pośród wszech ogarniającej wody, która teraz jest pięknie pozamarzana tworząc lodowo-śniegowe krajobrazy.
Mimo, że nie spotykam żadnego rowerzysty na śniegu widać mnóstwo jednośladowych znaków, zawsze miło coś takiego widzieć.
Po objechaniu wielu ścieżek kieruję się w stronę domu.
To było piękne sobotnie południe.