Z błękitem w drodze

Przyjemna aura za oknem wita mnie w środowy poranek. Po kilkuset metrach stwierdzam, że jednak trzeba założyć kolejną warstwę. Mimo, że niebo błękitem oblane, wiatr chłodny od samego rana. Po chwili jest już cieplej i jadę coraz szybciej z uśmiechem coraz większym. Mój lasek ulubiony wita mnie już z daleka mnóstwem jesiennych barw. Jest spokój, nawet biegaczy brak, a to dość dziwne o tej porze. Tuż przy jeziorze drzewo, które spogląda na mnie już od wielu lat i zachęca do bliższego poznania, zawsze z daleka je witałem, nigdy nie usłyszałem szeptu jaki wydają jego liście, konary poruszane wiatrem. Stoi samotnie, jednak nie smutne, raczej radosne, dumne. Ma dużą przestrzeń tylko dla siebie. Musi się jednak zmagać z pogodą bo na otwartej przestrzeni wiatr od jeziora jeszcze silniejszy. Później przystaję na pomoście, którego barwa błękitu nieba się doszukuje, jednak nie jest tak łatwo się dopasować i wtopić w błękitne niebo. Mimo to pięknie mu w tej barwie, skąpany w wodzie stoi dostojnie. Słońce na wodzie rozlane blaskiem, mieni się wraz z falą, która od wiatru płynie do brzegu. A nieopodal jesienne drzewa jarzębin stoją, jakby coś chciały do mnie powiedzieć, jednak się wstydzą i się czerwienią. Później wyłoniła się aleja barw, która wiła się wzdłuż Warty.

Miło jest popedałować sobie w dowolnym kierunku, zawsze można coś dostrzec po drodze.