Zachodzący dzień

Rozpędzony wjeżdżam w sam środek, omijając drzewa pędzę przed siebie. Serce bije coraz szybciej, a ja jeszcze mocniej cisnę na pedały. Słońce powoli kładzie się do snu, a ja ciągle pędzę, nie liczę już kilometrów. Po drodze kilka razy zaliczyłem górkę, w jedną i drugą stronę, potem znowu wąską ścieżką manewruję między drzewami. Koło traci przyczepność jednak udaje się wyjść cało z zakrętu i rower znowu nabiera prędkości, on to chyba bardzo lubi i czuje się w tym najlepiej. Po chwili pędzę już w ciemnościach nie widząc dobrze drzew, wdrapuję się znowu na górkę i patrzę jak księżyc walczy o swoje miejsce i oczywiście wygrywa z zachodzącym słońcem, które już skryło się w jego cieniu.

