123 km do wolności

W ten szczególny dzień wraz ze Zgrupką Luboń postanowiliśmy uczcić 11-go listopada przejeżdżając symbolicznie 123km. Z uwagi na ilość chętnych i zróżnicowany poziom rowerzystów podzieliliśmy się na trzy grupy: szosa 123km i dwie grupy fun 123 km i 61,5 km.
Poranek ponury i kompletnie niesłoneczny, ale jakże ciepły jak na tą porę roku – aż nie chce się wierzyć, że jest listopad. Jak zwykle spakowałem plecak, który był dość ciężki, ale bez niego jakoś dziwnie się czuję. Ruszyłem spokojnie na spotkanie w stronę Starołęki. Wyjątkowo ubrałem tylko jedną bluzę z myślą, że za chwilę będę musiał zakładać kolejną, a jednak się myliłem – jedna w zupełności wystarczyła. Super się jechało przez miasto – drogi nieomal puste – tak to można jeździć 🙂
Po przejechaniu 8 km pojawiłem się na miejscu, gdzie czekała już całkiem spora grupka.

Z każdą chwilą przybywali nowi ludzie, wielu z nich nie znałem – robiło się coraz bardziej kolorowo.


Byli też oczywiście ludzie, bez których nie wyobrażam sobie zgrupki np. Anita – przyszłość polskiego kolarstwa szosowego. I wielu innych, z którymi lubię spędzać czas.

Gdy zjechała się już cała ekipa zatrzymaliśmy się na chwilę w myślach i odśpiewaliśmy jedną zwrotkę hymnu. Po chwili podzieliliśmy się na grupy i ruszyliśmy w trasę.

Ja jechałem w grupie fun na 123 km prowadzoną przez Rafała. Do naszej grupy dołączył Mateusz, który jeździ w sportowym MTB – właśnie z tą ekipą zaczynałem przygodę ze Zgrupką, wtedy niestety kontuzja trochę pokrzyżowała mi plany. Ruszyliśmy kierując się w stronę Lubonia.

W Łęczycy nieopodal Puszczykowa jadąc ścieżką rowerową koleżanka zaliczyła niegroźną wywrotkę na mokrych liściach – rower też cały, więc szybko ruszyliśmy dalej.
Poziom naszej grupy był bardzo zróżnicowany – byli ludzie startujący w maratonach MTB, szosowcy, przełajowcy i cała reszta. Każdy jest inny, każdy lubi coś innego, ale dzisiaj mamy wspólny cel i jedziemy wszyscy razem. Z czasem okazało się, że nie jest to takie proste. Mimo, że tempo nie było wysokie, dla niektórych okazało się zbyt duże, a co za tym idzie próbując nadgonić tracili mnóstwo energii – dobrze wiem jak to jest. Zwalnialiśmy tempo, jednak po jakimś czasie grupa ponownie się rozciągała.
Za Rogalinem przymusowy postój, problem z przerzutką – na szczęście nic poważnego, wystarczył imbus i krzyżak. Była to też okazja, by złapać oddech i porobić kilka fotek. Teraz, gdy targam lustrzankę żony to już nie mogę sobie strzelać fotek w trakcie jazdy, poza tym czuję tą cegłę w plecaku – ale jakoś bez aparatu jest dziwnie.



Był też kolorowy człowieczek z flagą powiewającą na wietrze.

A patrząc na Piotrka z MTB miałem wrażenie jakby poszukiwał skarbów z wykrywaczem metali.

W Kórniku zjechaliśmy do McDonalds, który okazał się być otwarty – liczy się biznes. Ale jak widać byli chętni na kawę i inne specjały tego miejsca. Gdy inni pili kawę pojechałem z chłopakami od MTB do centrum po wodę – tutaj także kilka sklepów było otwartych. Niektórym chyba kawa pomogła 🙂
Generalnie uważam, że na takim dystansie robienie tak długich przerw jest wielkim błędem. Człowiekowi wydaje się, że jak sobie zrobić długą przerwę to wypocznie i to mu wyjdzie na dobre, jednak mięśnie szybko stygną i potrzebują wtedy dużo więcej czasu, by wrócić ponownie na obroty co przekłada się na zwiększone zapotrzebowanie na energię.
Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę minęła nas spokojniejsza, ale za to jaka wesoła i głośna grupa 61,5km 🙂 Po przejechaniu około 20 km ponowny postój pod sklepem na uzupełnienie płynów.

Jak widać biało-czerwonych akcentów nie brakuje.

Tutaj odłączyła się kilku osobowa grupka, która pojechała przed siebie mocniejszym tempem – po chwili my też ruszyliśmy. Niezbyt długo jechaliśmy w zwartej grupie i ponownie zaczynało się wszystko rozciągać.




Dobrym pomysłem było puszczenie na początek słabszych osób, ale tylko pod warunkiem, by tak było do końca. Nie trwało to jednak długo i inni wyprzedzali ich, a co za tym idzie Ci słabsi czuli presję, by nadążyć i się wypalali. Sam przyznaję, że walczyłem z każdym podjazdem, jaki trafiał się na całej trasie. Podjazdy dają mi niesamowitą przyjemność, dawkę cudownych emocji – jednak po każdej górce starałem się zwalniać, by zaczekać za resztą.

Przed Pobiedziskami krótki postój na siku i rozprostowanie kości 🙂



W Pobiedziskach pożegnaliśmy się z koleżanką i kolegą – chyba za bardzo ją wymęczył ten dystans, albo tempo. Kręciliśmy dalej – minęliśmy jezioro Swarzędzkie i jadąc wzdłuż Cybiny dotarliśmy w okolice Malty.



Kolega na szosie miał tu co robić na mokrych liściach – ja sobie tego nie wyobrażam – szacun stary. Do Malty dojechaliśmy drogą i ścieżką rowerową – zrobiliśmy rundkę dookoła.

Korzystając z chwili przerwy pobiegłem popstrykać roztańczone na niebie mewy.




Tutaj część ludzi pojechała w swoją stronę, ale niektórym było jeszcze mało, więc ruszyliśmy w stronę Cytadeli pokręcić trochę kilometrów. Gdy podjechałem dość szybkim tempem na jeden z podjazdów myślałem, że mi nogi odpadną – teraz poczułem przejechane kilometry. Pokręciliśmy się po różnych zakamarkach tego pięknego miejsca.

Wracając postanowiliśmy, że zakończymy ten dzień w miejscu, gdzie go zaczęliśmy. Jadąc ponownie przez Maltę udaliśmy się na Starołękę. Po drodze pstryknąłem jeszcze stado skrzeczących nad naszymi głowami ptaków.

I tak zakończył się ten niezwykły dzień.



Myślę, że dla przeciętnego rowerzysty 123 km to dość spory dystans – sam się do takich zaliczam. Gdy dołożymy do tego czas, który jest ograniczony aktualną porą roku – dystans ten staje się jeszcze bardziej wymagający. Dlatego uważam, że bardzo ważne jest, by podczas takiej trasy utrzymywać w miarę równe tempo i nie robić przy tym zbyt długich przerw. Poza tym, gdy nie do końca znamy swoje możliwości porywanie się na taką trasę nie jest dobrym pomysłem. Dlatego była druga grupa, której trasa miała 61,5km – to idealny dystans dla każdego kto chce pokręcić w grupie.
Z drugiej strony doskonale rozumiem ludzi, którzy próbują swych sił – trzeba próbować. Dzięki temu poznajemy siebie, własne ograniczenia i jednocześnie rozwijamy się. Sam całe życie czegoś próbuję, błądzę poszukując właściwych ścieżek – to naturalne. Jednak najważniejsze w tym wszystkim jest to, by umieć wyciągać z tego właściwe wnioski na przyszłość. Bo przecież nie chodzi tu o to, by się zajeżdżać, to ma być przyjemność.
Podsumowując: 5 bananów, 3 kanapki, 2 batoniki, 2,5l wody – 143km.
Dzięki za pięknie intensywny dzień 🙂

