Deszczowy Kiekrz

Kolejny dzień, w którym to z rozmazanego i bladego nieba sączy się deszcz. Dzisiaj zakładam ochraniacze na buty i kręcę nad Jezioro Kierskie. Ścieżką rowerową dojeżdżam nad Jezioro Rusałka, jest pusto, jadę dalej w kierunku Strzeszynka, ścieżka przesiąknięta deszczem sprawia, że już po chwili widoczność spada nieomal do zera – przydały by się wycieraczki 🙂 Opony co jaki czas zapadają się w rozmoczoną ziemię – wtedy muszę mocniej pocisnąć. W pobliżu Strzeszynka przystaję na chwile pod wiatą.

Czas ponownie przetrzeć okulary.

Dojeżdżam nad jezioro, spokojnie, nieomal bezwietrznie – z oddali słychać tylko kaczki.


Ochraniacze jednak się przydają.

Po krótkiej przewie wsiadam na rower i kręcę w stronę Kiekrza. Pomiędzy drzewami przelatują krople, które delikatnie stukają w mój kask, inne spływają po moich okularach zmieniając wyrazisty świat w rozmazany i magiczny. Długo nie trwało i dojeżdżam do miejsca naszej ostatniej kąpieli ze Zgrupką Luboń – szkoda, że nie zabrałem kąpielówek. Przy brzegu łabędzie dokładnie pielęgnują i czyszczą swoje piórka, a kaczki wolą się trzymać z dala.



A to jest skutek połączenia jesiennej aury z brakiem błotników – naturalna maseczka 🙂

Deszcz jakby trochę ustał, zamyślił się w powietrzu.


Kaczki wyglądają jakby pływały po wyznaczonej trasie pomiędzy bojami z plastikowych butelek.




Wcinam banana i wracam do domu, tym razem drogą.

Bardzo deszczowy i błotnisty trening zakończyłem wielkim uśmiechem.

