Nadwarciański Szlak Rowerowy – Etap III

Majowy weekend postanowiliśmy spędzić oczywiście rowerowo. Już od dawna chcieliśmy kontynuować wycieczkę Nadwarciańskim Szlakiem Rowerowym. Mimo, że majowe noce nie należą do ciepłych zabieramy ze sobą namiot, karimaty i dobre nastroje, pomimo tego, że niebo nie zachęca do rowerowej wycieczki. Najważniejsze jest zabrać trochę jedzenia na cały dzień bo przecież 1 maja wszystko jest pozamykane. Pyszne kanapki muszą być, nie zabrakło też oczywiście kabanosów, na rowerowe wycieczki pod namiot to super jedzenie.

Spakowani dosiadamy nasze dwukołowce i kierujemy się na dworzec PKP i jedziemy do Chociczy. Właśnie w jej okolicy skończyliśmy poprzedni etap NSR (Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego). Około południa wysiadamy z pociągu i kierujemy się w stronę niebieskiego szlaku. Początkowo jedziemy polną drogą wzdłuż torów by po chwili skręcić w prawo i dalej asfaltem w stronę miejscowości Komorze.

Po kilku kilometrach docieramy do miejscowości Nowe Miasto nad Wartą. Tutaj zatrzymujemy się chwilę na ławce, słońce zaczyna coraz bardziej grzać – pięknie się wypogodziło. Ławka, na której usiedliśmy stoi naprzeciw budynku straży pożarnej, na którym widnieje napis 1934. Odpoczywamy w promieniach słońca wcinając pyszne kanapki.

Jadąc dalej docieramy do Wolicy Koziej, po drodze mijamy bociana w gnieździe, to zawsze miły widok. Zatrzymujemy się na chwilę przy wieży widokowej i pastwisku z końmi u jej stóp. Niestety z wieży widok mało atrakcyjny, chyba że patrząc prosto w dół – widać wtedy fajną perspektywę drzew. Poza tym tylko okoliczne domki i lasy.

Ja poszedłem na wieżę, a Ania przyczaiła się na łące z aparatem wpatrując się w pasące się w zagrodzie konie. Aż chciało by się położyć na tej łączce i zasnąć:-)

Ruszamy dalej, po drodze mijamy rezerwat faunistyczny „Dębno nad Wartą”. Obejmuje on powierzchnię 21,62 ha, którą pokrywa bardzo zróżnicowana roślinność. Rezerwat porastają 23 gatunki drzew. Został utworzony w 1974 roku w celu ochrony stanowisk rzadkich zwierząt bezkręgowych ze ślimakiem Ruthenica filogrona i ślimakiem maskowcem (Isognoviastoma personatum). Teren rezerwatu to wilgotny las łęgowy (okresowo, wiosną zalewany) z dębami, jesionami, olszami i wiązami (źródło Wikipedia).

Rezerwat znajduje się na terenie Żerkowsko-Czeszewskiego Parku Krajobrazowego, który został utworzony w 1994 roku, chroni on ujścia Lutyni do Warty wraz z wypiętrzeniami, głównie Wału Żerkowskiego. Bardzo urozmaicona rzeźba terenu, piękne tereny zalewowe Warty pokryte lasami łęgowymi i grądowymi.
Po kilku kilometrach docieramy do Biechowy, gdzie czeka nas przeprawa promowa, na szczęście prom jest dzisiaj czynny i już za chwilę przedostaniemy się na drugą stronę. Czekając na prom podziwiam ten cud techniki, okazuje się, że jest on napędzany prądem rzeki, czysta ekologia.

Po przedostaniu się na drugą stronę odbijamy z drogi i jedziemy wałem wzdłuż Warty. Chwilę później przecinamy nasyp kolejowy, który jednocześnie jest początkiem mostu kolejowego.

Jadąc przed siebie trafiamy do Orzechowa, gdzie niestety nie mieliśmy dojechać, jednak po chwili kierujemy się na właściwą drogę i dojeżdżamy do Czeszewa, następnie mijamy Spławie i tu natrafiamy na miły obrazek. Myślę, że nie trzeba tego komentować.

Kawałek za miejscowością odbijamy na polną ścieżkę i zatrzymujemy się na małe co nieco. Chwila oddechu i przyjemności z jedzenia też musi być. Po podładowaniu akumulatorów pyszną kanapką i jogurtem ruszamy w dalszą drogę.

Kilka kilometrów dalej pojawia się miejscowość Pyzdry, nie wiedzieć dlaczego pierwsze skojarzenia były z filmem „Janosik”. Już z oddali widać zabytkowy rzymskokatolicki kościół parafialny, który wygląda jak okazały zamek. Świątynia wybudowana prawdopodobnie w 2 połowie XV wieku w stylu późnogotyckim. W 1768 i 1807 uszkodzona przez pożary. Gruntownie restaurowana w latach 1865-1870. Jest to trzynawowa świątynia bazylikowa, posiadająca prezbiterium zamknięte wielokątnie i wieżę od zachodu. Z lewej i prawej strony prezbiterium umieszczone są obydwie zakrystie, w południowej dotrwało do naszych czasów gotyckie sklepienie krzyżowo-żebrowe, posiadające kamienne wsporniki i zwornik, na którym umieszczony jest rysunek Baranka Bożego. Masywna wieża zakończona jest neogotyckimi blankami z II połowy XIX wieku. Wyposażenie wnętrza głównie współczesne, starszymi elementami są m.in. kamienna chrzcielnica późnogotycka i krucyfiks z początku XVI wieku (źródło Wikipedia).

Jadąc ulicą Niepodległości mijamy piękną zieloną chatkę.

Następnie skręcamy w prawo i jedziemy drogą nr 442 przecinając Wartę, kawałek dalej skręcamy w lewo w boczną drogę kierującą do miejscowości Walga. Jedziemy pośród pięknych terenów, pól i łąk przeplatanych złocistymi mleczami.

Z oddali dostrzegamy specyficznie ułożoną słomę, nie wiem czy to są chochoły, ale dawno czegoś takiego nie widziałem, już chyba niewiele gospodarstw zostało, które w ten sposób wiążą słomę.

W dalszej drodze znowu gdzieś nam ginie szlak, jedziemy w dobrym kierunku chociaż inną drogą. Mijamy stare, opuszczone gospodarstwo, które czeka tylko na większy wiatr, by całkowicie się zawalić. Z jednej strony bardzo to smutny obrazek, jednak z drugiej pokazuje jakąś historię tego miejsca. Pomimo tego jest to także piękny obrazek, natura zajęła się tym miejscem i stara się, by nabrało trochę barw.

Chwilę później na polu przechadza się pięć bocianów. Mimo, że w Polsce jest ich sporo, to i tak jest to dość niecodzienny widok.

Po przejechaniu kilku wiosek docieramy do większej cywilizacji, a mianowicie do Zagórowa. Mimo święta jest tu czynny sklep, z resztą nie pierwszy na naszej drodze, zapasy mamy, ale kupujemy sobie jeszcze banany i pepsi:-) Krótka przerwa na rynku i ruszamy dalej, jest już dość późno czas poszukać jakieś miejsce na nocleg. Po 3 kilometrach jesteśmy w Oleśnicy i intuicyjnie odbijamy w boczną dróżkę, która wyprowadza nas na rozległe łąki i pastwiska, to jest to. Tu gdzieś jest nasze miejsce na nocleg.
Jadąc po betonowych płytach mijamy rolnika, który prowadzi swoje bydło z pastwiska do obory na noc, a może powinno się go nazwać pasterzem, jedzie za swoimi krowami na starym rowerze, a bydło zagania pies pasterski precyzyjnie je prowadząc (tak na marginesie lubię takie duże, kudłate psiaki). Na nasz widok bydło się rozstępuje i przejeżdżamy pomiędzy krowami. Jedziemy jeszcze kawałek i odbijamy na bezkresne łąki, które częściowo pokrywają mokradła i jakieś rozlewiska.
Kilka minut później na naszych twarzach pojawia się jeszcze większy uśmiech, to będzie idealne miejsce, tu chcemy spać. Rozbijamy namiot na mięciutkiej trawie z jednej strony osłonięci niewielkimi drzewami, z drugiej zaś rozciąga się jedna wielka łąka. Wypakowujemy z rowerów wszystkie potrzebne rzeczy i już po chwili cieszymy się najlepszym noclegiem pod słońcem.

Jednak to jeszcze nie pora, by iść spać, jest dopiero przed 19, ale na rozbicie namiotu to idealna pora. Wieczór jest bardzo ciepły, Ania rozkłada przed namiotem karimatę i wyciąga książkę ja idę pozwiedzać okolicę. Już z oddali widziałem coś jak staw, poszedłem w jego kierunku, im bliżej podchodziłem tym podłoże stawało się bardziej błotniste i jakby miało podwójne dno, pod nogami wszystko mi falowało. Jednak nie było to żadne bagno po prostu duża ilość wody w glebie. W owym stawie dumnie pływały dwa łabędzie i mnóstwo kaczek, które na mój widok od razu się pochowały.

Gdy się odwróciłem nasz namiot wydawał się maleńkim, niebieskim punkcikiem na tle tego zielonego, bajkowego krajobrazu. To niesamowite jak wiele radości może sprawić zwyczajna łąka, ale tak naprawdę każdy jej skrawek był niezwykły. Natura w najczystszej postaci, można było ją odczuć każdym zmysłem.

Leżąc przed namiotem przygrywały nam cykady czy inne owady zamieszkujące w tych zielonych i soczystych trawach. Za naszymi plecami było słychać odgłosy kaczek, ale w żaden sposób nie było to uciążliwe, wręcz przeciwnie, to była przyjemna muzyka.

Z czasem delikatny wiatr sprawił, że niedaleko nas pojawiła się chmura, która z każdą chwilą stawała się większa i ciemniejsza i nagle wszystkie owady i zwierzęta ucichły i usłyszeliśmy tylko ryk wiatru. Z bezszelestnego ciepłego wietrzyku zamienił się w chłodny i dość silny wiatr. Nie było wyjścia, zapakowaliśmy się szybko do namiotu, skończyło się leżenie na powietrzu.
Mieliśmy zapas jedzenia, picia i przede wszystkim mieliśmy siebie. Wiatr bezustannie potrząsał całym namiotem, jednak w namiocie nie było zimno, za to gdy tylko wyszedłem na chwile na zewnątrz poczułem bardzo chłodny wiatr. Ręce od razu robiły się lodowate, jakby to była zima:-) Nawet łabędzie gdzieś odleciały.

Niebo nad naszą głową przybierało piękne barwy, szkoda tylko że chłodny wiatr uniemożliwiał długie przebywanie poza namiotem, bo można by tak leżeć i podziwiać niebo i to jak się zmienia.

Noc była bardzo zimna, zaczęło padać i nie przestało do rana, ale jakoś to przetrwaliśmy. Ilekroć przestawało padać to już po chwili ponownie krople uderzały o namiot. Nie była to może nasza wymarzona noc, ale miejsce w jakim spaliśmy na pewno było cudowne.
Rano, gdy tylko przestało trochę padać zaczęliśmy szybko się pakować i ruszyliśmy w kierunku Konina. Mimo, że nie padało w powietrzu była duża wilgoć, cały czas też wiał zimny wiatr byliśmy nieźle zmarznięci. Nie wiedzieć dlaczego szlak biegł cały czas drogą, na której był nie mały ruch, musieliśmy jakoś to wytrzymać i jak najszybciej dotrzeć do Konina. Na szczęście było to niecałe 30 km. Ale przy złej pogodzie każdy kilometr jest ciężki do przejechania. Z uwagi na spore pogorszenie pogody postanowiliśmy wracać z Konina do domu. Na dworcu zjedliśmy ciepły posiłek i doszliśmy do siebie. Dobrą godzinę później siedzieliśmy już w ciepłym przedziale dla vip-ów i jechaliśmy w stronę domu.

Z uwagi na pogodę nasza majówka trwała tylko dobę, zrobiliśmy 110 km. Jednak mimo bardzo zimnej nocy w namiocie nie zamienilibyśmy namiotu na tej niesamowitej łące na hotel czy pensjonat z ciepłym łóżkiem. Doznania jakie powstają podczas obcowania w takiej bliskości z naturą są bezcenne.

