Skrzypienie śniegu pod kołami

Za oknem biel wciąż biała, temperatura nie pozwoliła zmienić się jej w czerń. Poranek zaczyna się bardzo fajnie. Wciągam płatki z bananem i oczywiście zimnym mlekiem. Kilka warstw na siebie, trochę wody do bidonu, batonik w kieszeń i w drogę. Już na zakręcie czuję i słyszę te dźwięki wydobywające się spod moich kół. Koła niczym lodołamacz wgryzają się stopniowo w głębsze warstwy ubitego śniegu. Uwielbiam te odgłosy. Nie wiem czy bardziej lubię jeździć po takim śniegu czy po szyszkach latem, bo to równie przyjemne uczucie. W gdy wjeżdżam w las krajobraz całkiem się zmienia. Malarz natury w tym momencie jakby korzystał tylko z bieli i czerni, dużo kontrastów. Mimo obfitego śniegu leśne ścieżki są już wydeptane i rozjeżdżone. W takich klimatach dominują ślady sanek. Wszędzie ich pełno, co chwile się krzyżują, ale w końcu to zima, więc sanki są jednym z jej symboli. Śnieg kocha roześmiane dzieci, których rodzice niczym zaprzęgnięte koniki ciągną ich coraz głębiej i głębiej w las. Wiatru prawie nie ma, czasem tylko przeleci jakiś samotny, zagubiony płatek śniegu. Mijam spacerowiczów z kijkami i biegaczy, jednak nie widzę nigdzie dwukołowca. Więc sam przemierzam śniegowe ścieżki w poszukiwaniu nowych myśli. Na górce aż się roi od dzieci zjeżdżających na sankach, niektóre całkiem niezłe prędkości nabierają i suną z górki na pazurki aż górka kończy się. Ja też próbuję swoich sił, najpierw pod górę, nie jest to łatwe w takim śniegu, ale jakoś się udaje i później pędzę w dół. Niektórzy trochę dziwnie na mnie patrzą, pewnie próbują szukać zaczepionych za rowerem sanek, które bym wciągał tam na górę. Ale niestety jestem tylko ja i rower mój któremu trochę ciężko jest. Zresztą nie tylko jemu, sam dyszę jak lokomotywa, ale to jest zmęczenie, które w radość zamienia się, po krótkiej chwilce już mija i sama radość zostaje. Miło jest zacząć taki piękny dzień z taką bliskością śniegu obok.