W lasku o poranku

Z rana odwiedziłem mój ulubiony lasek, Marceliński, dawno w nim nie byłem. Do lasku mam naprawdę blisko, ale to chyba nie dlatego tak bardzo go lubię. Jest tu bardzo dużo ścieżek gdzie można naprawdę sobie nieźle pojeździć. Co prawda jest tylko jedna górka, ale i tak jest co robić. A co ważniejsze jest tu znacznie mniej ludzi niż np. na fajnej trasie, Rusałka, Strzeszynek, Kiekrz. Chociaż może z rana i w środku tygodnia też nie jest tam tak źle.
Tak czy inaczej po chwili jestem już w lasku i od razu otacza mnie gęsta zieleń.

Dzisiaj nie będę długo jeździł, ale za to intensywnie. Pojeździłem chwile po lasku spokojnym tempem. Widzę, że ktoś trenuje podjazdy, jest tu niewielka górka, ale zawsze coś. Aż chciało by się położyć na trawce pośród soczyście niebieskich chabrów i tak przez cały dzień. Chociaż gdy słońce zacznie mocniej grzać to już by to nie było tak przyjemne.

Pokręciłem się jeszcze przez chwilkę po slingle trackach, lubię te ścieżki w tym lasku. Kiedyś jadąc bardzo szybko prawie zaliczyłem bliskie spotkanie z drzewem, na szczęście skończyło się ślizgiem na liściach, była to jesień.

Bez problemu znalazłem sobie długą, prostą ścieżkę, ok. 700 m, no to do dzieła. Rozpędzam się, już po chwili czuję jak mnie w udach pali, ale jadę dalej, serce wali mi jak szalone, boję się spojrzeć na pulsometr. Dojechałem do końca, strasznie dyszę, chwilę przerwy i z powrotem.

Za drugim razem nogi już tak nie bolą, ale tętno skacze jeszcze wyżej, kiepsko ze mną. Zdecydowanie wolę podjazdy. No ale nie poddajemy się, trzeba jeszcze chwile powalczyć. Z każdym kolejnym przejazdem czułem, że opadam z sił. Zrobiłem jeszcze trzy przejazdy i zakończyłem. Nie czułem się za dobrze, jakby chciało mi się rzygać. Mam nadzieje, że następnym razem pójdzie mi lepiej.
Przyznam, że tego typu jazda nie jest moją ulubioną, ale czasem trzeba się przełamać.

