W poszukiwaniu skrawka błękitu

Od samego rana spoglądałem w niebo pokryte ponurą barwą jakby znowu miało padać. Nie chciałem jednak czekać, aż niebo się przejaśni, wsiadłem na czyściutki rower, który od dawna czekał na ten dzień i ruszyłem przed siebie. Początkowo jechałem ścieżką rowerową, by po chwili zjechać na jezdnię. W krótkich spodenkach nie było zbyt ciepło, jednak po 2km byłem już rozgrzany pomimo spokojnej jazdy.
Po drodze okazało się, że mój aparat zastrajkował i nie chciał się włączyć, więc tym razem nie będzie zdjęć. Będzie trzeba wykorzystać coś co lubię najbardziej – wyobraźnię 🙂
Gdzieś z oddali ciemna chmura, której granat mieszał się z fioletową dojrzałą, śliwką zbliżała się w moją stronę. Mimo to jechałem przed siebie, po chwili wiatr jakby przewiał chmurę na bok i od teraz płynęła jakby innym torem oddalając się ode mnie. Niebo na chwilę się przejaśniło, jednak nie trwało to zbyt długo. Jechałem dziurawą drogą, w której każdą dziurę wypełniało błoto pozostałe po wczorajszym deszczu. Mijałem żółte pola wymieszane z czerwonymi kropkami wyrastających na nim maków, z drugiej strony dojrzewające zboża delikatnie kołysały się na niezbyt silnym wietrze.
Po kilku kilometrach wyjechałem na gładki asfalt i dalej jechałem przed siebie. Licznik pokazywał średnią w granicach 19km/h – zawrotna prędkość, ale i tak jechałem z uśmiechem ciesząc się z każdego obrotu korbą. Droga bardzo spokojna, nad głową zbierały się ponownie ciemne chmury tym razem w odcieniach szarości – przez chwilę nawet poczułem na twarzy kilka kropli, bardzo przyjemne orzeźwienie. Gdy przejechałem kilkanaście kilometrów odbiłem w boczną drogę by zatoczyć pętlę, przez cały czas jechałem przez spokojne wioski. Mimo ciemnych chmur deszcz jakoś mnie omijał. W pewnym momencie było mi już bardzo gorąco i czułem, że mój organizm nieźle się dotlenił.
Do domu wróciłem znużony po przejechaniu 23km – mimo to był to piękny dzień.
I tym sposobem wróciłem do rowerowego życia 🙂
Magda – dziękuję za wszystko 🙂

