Wielkopolski Park Narodowy – cz. II

Za oknem mglisto, termometr pokazuje kilka stopni powyżej zera, to czas na rower. Kierunek – Wielkopolski Park Narodowy, tym razem całkiem inną trasą. Kierujemy się w stronę Głuchowa, coś wam to mówi? Jednak kilka kilometrów wcześniej odbijamy w stronę Komornik. Trochę poplątana ta droga, ale w końcu docieramy na właściwe miejsce. W momencie przekroczenia torów wjeżdżamy równocześnie do Wielkopolskiego Parku Narodowego. I już na samym początku wita nas sporej wielkości mapa parku.

Spod kół znika asfalt i pojawia się polna droga, a wraz z nią na drzewach pojawiają się znaki szlaku rowerowego. Kawałek dalej zaczyna się błotko. Po śniegu, który spadł kilka dni wcześniej ani śladu. Aż nie chce się wierzyć, że w drugiej połowie stycznia pogoda jakby jesienna. Liście co prawda już nie mają takich barw, ale wyglądają jakby niedawno pospadały z drzew.
Jadąc dalej musimy się namachać korbą by przejechać ten błotnisty fragment. Tak na marginesie to duża frajda móc trochę powalczyć z takim błotem. Po jakimś czasie docieramy do miejscowości Jarosławiec, tabliczka informuje nas, że jest to „Osada Jarosławiec”, znajduje się tutaj siedziba obwodu ochronnego WPN – Jeziory. Tuż przy miejscowości leży jezioro Jarosławieckie.
Nad jeziorem robimy sobie krótką przerwę na herbatkę. Mimo, że pogoda wygląda na jesienną to jednak nie jest zbyt ciepło, a co za tym idzie termos z herbatą jak znalazł na takie chwile. Dookoła panuje cisza, słychać tylko szum wiatru znad jeziora i gdzieś z oddali trzepotanie kaczych skrzydeł.

Ruszając dalej kierujemy się szlakiem rowerowym, który biegnie razem z zielonym szlakiem pieszym. Po chwili wjeżdżamy na ścieżkę, która chyba rzadko bywa uczęszczana, przynajmniej o tej porze roku. Ścieżka nieomal ginie w stercie liści. Jednak już po chwili pojawiają się oznaczenia na drzewach.
Po kilku kilometrach docieramy do torów w Rosnówku, peron jest odnowiony, jednak wiata dworcowa jest w strasznym stanie. Gdyby ją także odrestaurowali to wyglądałoby to całkiem ładnie, te stare belki dodają jej klimatu.

Chwilę później docieramy do głównej drogi nr 5, na szczęście nie musimy nią jechać, trzeba tylko przedostać się na drugą stronę. W tym pomagają nam pasy, chociaż i tak nikt się nam nie zatrzymał. Dobrze, że nie są to godziny szczytu w ciągu tygodnia, bo byśmy tu długo sterczeli.
Kierując się znakami szlaku docieramy do miejscowości Glinki, po chwili stajemy na rozwidleniu, wybieramy skręt w prawo, który doprowadza nas do Konarzewa. I tu zaczynają się schody, a dokładniej mówiąc gubimy drogę. Będąc już dość zmęczeni zimnem postanawiamy kierować się w stronę Poznania i odpuszczamy dalsze poszukiwania szlaku. Zresztą jest już dość późno, ale mimo że mamy światła, nie chcemy kluczyć tu w tym chłodzie w ciemnościach.
Po powrocie okazało się, że błąd popełniliśmy dojeżdżając do miejscowości Glinki. Prawidłowa trasa, którą sobie obraliśmy skręcała w lewo tuż przed tą miejscowością.
Na szczęście do domu nie było już tak daleko.
Jednak gdyby nie takie błędy i szukanie szlaków często nie odkrylibyśmy nowych, ciekawych ścieżek.
