DFBG 2018 – Złoty Półmaraton

Od mojego pierwszego górskiego ultra minęły zaledwie trzy tygodnie, a ja znowu jestem w górach. Tym razem wylądowaliśmy w Lądku-Zdrój na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich. Marzył mi się kolejny ultra – Ultra Trail 68 km, ale rozsądek wziął górę i wybrałem Złoty Półmaraton 21km.

W ramach DFBG organizatorzy: Fundacja Maratony Górskie z Piotrem Hercogiem na czele przygotowali aż 7 różnych tras. Poczynając od najkrótszej na 10 km, a skończywszy na trasie dla najtrwalszych – 240 km.

Dojeżdżając do hotelu mijamy powiewające przy drodze żółto-czerwone taśmy wyznaczające trasę zawodów. Po szybkim rozpakowaniu ruszyliśmy w kierunku miasteczka biegowego, które znajdowało się w odległości 1 km od naszego noclegu. Jak się później okazało ostatni kilometr nieomal wszystkich tras przebiegał tuż pod naszym hotelowym oknem.

Zawodnicy z najdłuższej trasy wystartowali wczoraj o godzinie 18:00, a to oznacza, że biegną już od kilkunastu godzin. Moim faworytem jest Rafał Bielawa – jeden z największych twardzieli biegowej sceny ultra. Dla mnie to niewyobrażalny dystans. Jestem pełen podziwu dla wszystkich startujących na tak długich trasach.

Po odebraniu pakietu startowego udaliśmy się na obiad. Miasteczko biegowe tętniło życiem, a główny zegar nieprzerwanie odmierzał czas od startu pierwszych zawodników. Strefa EXPO po brzegi wypełniona stoiskami ze sprzętem i suplementami dla biegaczy ultra. Nam jednak najbardziej rzuciło się w oczy stoisko, które wyróżniało się na tle innych – Skarpeciaki przytulaki.

dscf1999

Na stoisku można było nabyć najróżniejsze przytulanki – są tu także biegowe króliczki DFBG. Maja wybrała sobie zająca ubranego o owocowe ubranko, którego nazwała „Zając Poziomka”. Najedzeni i naładowani dobrą energią tego miejsca wróciliśmy do hotelu – musiałem się uszykować na jutrzejszy bieg. Jeszcze dzisiaj o 20:00 stratują zawodnicy na dystansie 110 km. Ciuszki gotowe, wodę i jedzenie spakuję rano – startujemy dopiero o godzinie 11:00.

img_0734

W nocy budziłem się słysząc co jakiś czas tupanie. To pewnie pierwsi zawodnicy z najdłuższej trasy zmierzający do mety. O 6:00 ruszali w trasę zawodnicy na dystansie 68 km. Po dobrym śniadaniu czekając na rodzinkę usiadłem sobie na schodach i rozmyślałem czy na pewno wszystko spakowałem i czy jestem gotowy – będzie dobrze. Oczywiście był też klasycznie już stres przedstartowy, ale na szczęście bardzo szybko mija – tuż po przekroczeniu linii startu.

img_0735

Na trasie Złotego Półmaratonu czekają dwa niemałe podbiegi, ale patrząc na profil trasy i zbiegi zapowiada się raczej szybkie bieganie.

Idąc w kierunku miejsca startu kibicujemy zawodnikom z najdłuższych tras, którzy pomimo dużego zmęczenia muszą jeszcze wykrzesać energię, by pokonać ostatnie kroki po jakże męczącym asfalcie. Z minuty na minutę temperatura rośnie – będzie ciężko.

Mamy jeszcze sporo czasu, także chodzimy sobie po miasteczku mijając stoiska wypełnione kolorowymi ciuchami. Po pamiątkowym zdjęciu nadszedł czas na porządną rozgrzewkę. Przy tej temperaturze nie muszę się ruszać, a już ze mnie kapie.

img_0742

img_0744

Zawodnicy powoli zbierają się na linii startu, czas do nich dołączyć. Dzieciaki znajdują ochłodę w centralnie położonej fontannie – sam bym najchętniej do niej wskoczył. Maja wraz z zającem Poziomką trzymają mocno kciuki. Jeszcze tylko buziaki na odwagę i za chwilę ruszamy.

dscf1970

img_0751

img_0755

img_0770

Startuję bardzo spokojnie, pierwsze kilkaset metrów biegniemy asfaltem. Przy drodze mnóstwo dopingujących nas kibiców. Dalej skręcamy w las – to dopiero początek, a ja już nie mogę złapać oddechu. Mimo, że las daje schronienie przed palącym słońcem, to i tak daje się odczuć wysoką temperaturę powietrza. Biegniemy niebieskim szlakiem, droga przez cały czas pnie się w górę.

dscf1976

Po chwili dzwoni telefon, a że mam go w plecaku nie zatrzymuję się, niech sobie dzwoni. Jeden z biegaczy zawołał – „Koś biegnie z budką telefoniczną”. Na to ja – „Może odbierzesz?”.

Zbliżamy się do rozległego szczytu Trojak 766 m n.p.m. Po dotarciu na szczyt zbiegamy z niego szczerbą pomiędzy okazałymi formacjami skalnymi – tzw. Skalne Wrota. Nieopodal szczytu można zobaczyć XIV-XV wieczne ruiny Zamku Karpień wchodzącego w skład opuszczonej wsi Karpno.

dscf1982

dscf1986

dscf1987

Po niezbyt długim kamienistym zbiegu czeka nas podejście szlakiem granicznym na Bukową Kopę – 851 m n.p.m. Gdy już wgramoliłem się na szczyt – przyspieszam. Na zbiegu mijam sporo ludzi. Pomimo dużej prędkości jakoś instynktownie omijam korzenie, którymi najeżone są ścieżki – kamieni też tu nie brakuje. W pewnym momencie przyhamowuję widząc dziewczynę siedzącą na ziemi. Okazało się, że skręciła kostkę – jest przy niej Pan, którzy nie startuje w zawodach. Częstuję ich bandażem i ruszam dalej. Warto mieć przy sobie apteczkę, nigdy nie wiadomo kiedy może się przydać.

Zbiegając szeroka ścieżka zamienia się w single track, na której bardzo trudno kogoś wyminąć. Jednak gdy tylko nadarza się okazja daję migacz i rura do przodu dając momentami niezłe susły. Po jakimś czasie słyszę, że do punktu kontrolnego jeszcze kilometr – to super informacja. W końcu wybiegam z lasu wprost na punkt kontrolny na Przełęczy Lądeckiej. Tutaj klasycznie już Załoga Górska super nasz ugaszcza moimi ulubionymi arbuzami, wcinam też pomarańcza, dolewka wody i ruszam w dalej polną drogą. Zatrzymuję się jeszcze na chwilę, by otrzymać orzeźwiający kubeł zimnej wody wprost na głowę. Wielkie dzięki – super uczucie.

dscf1990

dscf1991

Teraz około 3 km podejścia na najwyższy punkt trasy – Borówkowa 900 m n.p.m. Jest jednym z najwyższych szczytów pasma Gór Złotych. Na szczycie znajduje się wieża widokowa i schronisko, jednak dzisiaj odpuszczam sobie podziwianie widoków z wieży.

dscf1994

dscf1996

Po dość sprawnym dotarciu na szczyt odbijam w prawo i zaczyna się ostatni już zbieg aż do samej mety – no to lecimy. Początkowo sporo kamieni, z czasem zamienia się w szeroką szutrową drogę, po której pędzę ile sił w nogach. Okazuje się, że w nogach są jeszcze spore rezerwy za to wydolnościowo robi się coraz trudniej.

Po ponad 4 km zbiegu wpadamy na asfalt, a to oznacza, że do mety zostało już raptem 3 km. Chwilę później robi mi się nie dobrze i jestem zmuszony przejść do marszu, a nawet się zatrzymać i głęboko pooddychać. Gdy już wyrównałem oddech zaczynam spokojnie truchtać zbliżając się z każdym krokiem do mety. Mijając hotel, w którym się zatrzymaliśmy przypadkowo mama wyjrzała przez okno i mnie dostrzegła – ale miło. Wiedziałem, że Ania czeka na mecie i że do mety pozostał kilometr.

Pomimo ostatnich kilkuset metrów jakie pozostały do mety jest mi bardzo ciężko się zebrać i pędzić do przodu. Po drodze mijam mnóstwo kibiców dopingujących nas na tych ostatnich metrach – z dzieciakami przybijamy sobie piątki. Gdy dostrzegam Anię wiem, że to już końcówka – włączam tryb sprinterski. Jeszcze tylko ostry zakręt i wpadam na metę.

img_0783

img_0785

Choć było to tylko 21 km czuję się dużo bardziej zmęczony niż po moim poprzednim biegu na 54 km. Emocje i odczucia także znaczenie odbiegają od poprzednich. Tutaj napierając w szybkim tempie nie było czasu na delektowanie się każdym skrawkiem trasy – po prostu pędziło się przed siebie. Nie mniej jednak, jest to nowe doświadczenie i całkiem nowe doznania. Na mecie ląduję z czasem – 02:44:05 – jestem bardzo zadowolony. Choć zdecydowanie bliższe mojemu sercu jak na razie pozostaną dłuższe trasy.

img_0791

img_0799

img_0802

Dzięki za kolejną super imprezę.