Ogniskowo opodal Dziewiczej Góry

Poszukując miejsca na ognisko najpierw rozpatrywaliśmy miejscówkę na plaży przy Strzeszynku z uwagi na to, że przy okazji miała się odbyć kąpiel w jeziorze. Niestety termin, który sobie ustaliliśmy był już zajęty przez inną ekipę. Poszukując dalej dotarliśmy pod Dziewiczą Górę, a dokładniej do Dziewiczej Bazy. Bardzo przyjemne miejsce, świetnie zorganizowane jeśli chodzi o tego typu spotkania – dodatkowo w rejonie idealnym na rowery. Wstępnie tylko ja i Bartek zdeklarowaliśmy się przyjechać rowerami, reszta dojedzie samochodami. Z Bartkiem dość szybkim tempem przyjechaliśmy chyba z 30 min przed czasem.

Po chwili pojawił się miły Pan, który obsługiwał ognisko, przywiózł drewno i rozpalił ognisko – od razu zrobiło się jakoś przyjemniej zwłaszcza, że kropił deszcz i nie było zbyt ciepło.

Długo nie czekaliśmy i zaczęli się zjeżdżać ludzie. Początkowo ognisko nie chciało się za bardzo palić z uwagi na wilgotność powietrza, jednak gdy nabrało odpowiedniej temperatury pięknie się paliło.


W między czasie przyjechał Krzysiek także na rowerze, co bardzo nas ucieszyło – kolejny człowiek do pokręcenia po górkach. Piotr także przyjechał na rowerze, więc było nas już czterech. Mimo, że nie każdy był amatorem kiełbasy wszyscy wcinali ją ze smakiem.

Po zjedzeniu kiełbasek w trójkę (Piotr musiał wcześniej jechać) ruszyliśmy na podbój Dziewiczej Góry, pozostali zrobili sobie spacer pod wieżę widokową na Dziewiczej Górze.

Bartek, Krzysiek i ja rozpoczęliśmy od ciężkiego podjazdu, nie było łatwo, ale wszyscy wjechaliśmy na górę. Zjechaliśmy na dół zataczając koło i wróciliśmy ponownie na górę tym razem długim podjazdem. Spacerowicze już zdążyli dotrzeć pod wierzę widokową i czekali na nas.
Podjeżdżając czuło się ogromną różnicę, było bardzo ciężko, ale my się tak łatwo nie poddajemy.


Po chwili wszyscy w komplecie byliśmy na górze.

Na dół zjechaliśmy tym razem killerem. Gdy słyszę tą nazwę od razu przypomina mi się Adam i jego spotkanie z drzewem, to zostanie już w głowie na zawsze. Najpierw zjeżdżał Krzysiek doświadczony biker, od razu widać jak sobie radzi na tym trudnym zjeździe.


Po nim jechałem ja dużo bardziej asekuracyjnie.


I ruszył Bartek, który pod koniec puścił hamulec i mocno go poniosło, na szczęście dojechał bezpiecznie do samego dołu.


Dojechaliśmy do miejsca z ogniskiem, ale kusiło by zrobić jeszcze jedną rundę i pojechaliśmy na ostatni podjazd.
Wspaniałe spotkanie, przyjemne zmęczenie na górkach.
Dzięki wszystkim za przybycie i miłą zabawę.

