Uphill Race Śnieżka 2014

Już po raz 24 w Karpaczu odbył się legendarny wjazd na Śnieżkę – Uphill Race Śnieżka. Z uwagi na ograniczoną ilość zawodników, którzy mogą się podjąć tego wyzwania, niełatwo jest dostać się na listę startową. W tym roku po 20 minutach zapisy zostały zamknięte, ale udało się. Dwa lata temu byłem na liście, ale tuż przed wyjazdem doznałem kontuzji ręki i nie mogłem pojechać do Karpacza i mierzyć się z najwyższym szczytem Sudetów. Tym razem nic już mi nie przeszkodziło w realizacji mojego celu i podjęciu tego pięknego wyzwania.

Gdy dojechaliśmy do Karpacza dzień wcześniej czułem już duże, wewnętrzne napięcie i narastający stres. Przed każdym maratonem czy wyprawą odczuwam stres i duże emocje, ale tak jak teraz nie miałem nigdy. Do głowy napływały tylko myśli o Śnieżce i o tym czy się to uda. W nocy nie mogłem spać, co chwilę się budziłem i zerkałem na zegarek, ale wciąż była noc, czyste niebo rozświetlone gwiazdami. Gdy obudziłem się po raz kolejny za oknem ujrzałem piękny wschód słońca, który oblewał bezchmurne niebo.

img_1931

Dobra wiadomość, deszczu nie będzie:-)

Położyłem się jeszcze na chwilę, ale już nie zasnąłem. Po śniadaniu mama i Ania udały się w kierunku Śnieżki, a ja udałem się na rozgrzewkę, a później do miasteczka sportowego, które mieściło się przy DW Bachus. Po drodze mijałem coraz więcej zawodników. Pokręciłem się jeszcze trochę po Karpaczu, by dobrze się rozgrzać, czekanie nie było zbyt przyjemne:-)

W końcu nadszedł ten moment gdy zaczęliśmy się ustawiać na starcie. Z tych wszystkich emocji, gdy stałem już czekając na start, tętno mi skakało do 120 ud/min. Ruszyliśmy punktualnie o godzinie 10. Chwilę trwało zanim peleton się rozciągnął i można było trochę bardziej nacisnąć na pedały. Jechaliśmy przez prawie cały Karpacz asfaltem wspinając się pod górkę w kierunku Świątyni Wang. To był najłatwiejszy odcinek na całej trasie.

Po około 4 km dojechaliśmy do skrętu w kierunku Świątyni Wang i tu zaczyna się prawdziwa zabawa. Od razu spore nachylenie i ta kostka… Do wjazdu do Parku Narodowego kostka była jeszcze równa, później się to bardzo zmieniło, co przełożyło się na jazdę, ale ani przez chwilę nie narzekałem. Nie jechałem na czas, to była raczej walka z samym sobą. Nigdy wcześniej nie byłem tak skupiony na jeździe. Nie zwracałem wielkiej uwagi na innych czy mnie ktoś wyprzedza czy nie, po prostu jechałem swoim rytmem wspinając się coraz wyżej.

Mimo, że już nie raz jeździłem po górach (turystycznie) nigdy to nie był tak długi podjazd i do końca nie wiedziałem czego się spodziewać i czy dobrze rozkładam siły. Mimo wyboistej drogi kręciłem nieprzerwanie z każdą minutą zbliżając się do szczytu. Mimo, że tętno miałem bardzo wysokie jechało mi się bardzo dobrze, czułem w sobie dużo pozytywnej energii poza tym wiedziałem, że na szczycie czekają moi bliscy, co także bardzo pomagało.

Na szlaku było bardzo dużo turystów, w końcu to najbardziej oblegany szlak w Sudetach. Część z nich szła na szczyt, by kibicować swoim bliskim inni nie wiedzieli nic o imprezie i byli bardzo zaskoczeni, że ludzie jadą tu na rowerach, ale wszyscy bardzo dopingowali, krzyczeli i klaskali.

Zazwyczaj w górach nie lubię takich tłumów więc, gdy się wybieramy na wędrówkę po górach, robimy to wcześnie rano i wtedy szlaki wyglądają mniej więcej tak: jesteś tylko ty i góry i to jest najpiękniejsze w górach.

img_1941

Ale mimo tłumów nie przeszkadzało mi to kompletnie, jechałem jak w jakimś transie. Na około 6 km zatrzymałem się na chwilę i zjadłem banana, miałem niezły ich zapas, przy takim pojeździe nie dało się w czasie jazdy tego zrobić. Ale już po chwili pedałowałem dalej, chyba właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że jestem w stanie to zrobić, mimo że przede mną jeszcze sporo podjazdu i właściwie trudniejsza część trasy zaczyna się za chwilę.

Chwilę później nachylenie ponownie wzrosło i tak aż do bufetu przy schronisku Strzecha Akademicka.

img_1939

Stromy podjazd ciągnął się dość długo, ale nie poddawałem się i z pozytywną myślą jechałem dalej. Przy bufecie uzupełniłem sobie wodę w bidonie i wypiłem dwa kubki izotonika, do tego kolejny banan i ruszam dalej. Jeszcze niecałe 2 km i będę na Równi pod Śnieżką, gdzie jak się okazało jest nawet trochę z górki.
Gdy dojechałem do płaskiego odcinka od razu nacisnąłem mocniej na pedały, jednak jadąc z górki po tych nierównościach asekuracyjnie korzystałem z hamulca.

Chwilę później byłem już przy Domu Śląskim, tu kolejny banan i ostatni już odcinek do szczytu, który przez wielu uważany jest za najtrudniejszy. Już po przejechaniu 500 m miałem swoje zdanie na ten temat i było odmienne. Jechało mi się świetnie, mimo że miałem już za sobą tyle podjazdu. A może właśnie dlatego, że to już końcówka to odnajduje w sobie ukryte pokłady energii, które czekają na ten właśnie moment.

W środku bardzo się cieszyłem, teraz byłem pewien, że dojadę do końca bez prowadzenia roweru, tak jak chciałem. Mijałem turystów, a także zawodników, którzy bardzo zwolnili na tym ostatnim odcinku. Z każdym zakrętem słyszałem coraz głośniejsze krzyki dobiegające ze szczytu, a to oznaczało, że już coraz bliżej do mety.

Gdy minąłem przed ostatni zakręt widziałem już szczyt i szalejących kibiców. Ujrzałem też moją Anię i właśnie wtedy wstąpiła we mnie niesamowita energia, która sprawiła, że zacząłem wyprzedzać zawodników i bardzo szybko zbliżałem się do szczytu.

img_2060

Mimo, że ostatnia prosta miała nie powiem jakie nachylenie, kompletnie mi to nie przeszkadzało, kręciłem ostro i szczęśliwie dojechałem do mety.

Ze szczęścia, aż łzy mi zaczęły spływać po twarzy. Założyłem sobie konkretny cel wjechać na Śnieżkę poniżej 2h i nie prowadzić roweru i się udało.

img_2088

Nawet nie czułem dużego zmęczenia, nie wiem czy to z tych wszystkich emocji czy może mam w sobie jakieś
górskie geny, bo przecież bardzo lubię jeździć pod górkę, sprawia mi to ogromną radość.

Na szczycie było już pełno zawodników, którzy wjechali przede mną. Wielu jeszcze walczyło na trasie. Pierwszy zawodnik wjechał na metę z czasem 00:57:45 – coś niesamowitego.

Byłem już wiele razy na Śnieżce, ale tylu ludzi tu jeszcze nigdy nie widziałem, a do tego duża część z nich była z rowerami więc to był niesamowity widok. Gdy tylko wjechał ostatni zawodnik po chwili było robione pamiątkowe zdjęcie, 400 rowerów uniesionych nad głowami, piękna chwila.

img_2136

Kilka minut później zjeżdżaliśmy wszyscy razem na dół do Karpacza. Prowadził nas pilot, może to dobrze bo część kolarzy miała zadatki na kamikaze.

img_2204

Ostatecznie wjechałem z czasem 01:46:54, jak na pierwszy raz jestem bardzo zadowolony.

Relacja TVP Wrocław z Kross Uphill Race Śnieżka 2014: